Nysa

Nysa kajakiem

Ta wodna przygoda zaczyna się pewnego zimnego wieczoru w Łodzi. Tak, na pewno z dużej. Już wyjaśniam. Parę dni wcześniej na stronie

internetowej Decathlonu zauważyłem promocję na dmuchany kajak, na który od dawna ostrzyłem sobie zęby. Niestety, w żadnym sklepie na Dolnym Śląsku ani w sąsiednich województwach już ich nie było (kajaków, nie zębów). A że akurat nadchodzący weekend miałem spędzić w mieście jednorożców, to nie było problemem, żeby wieczorem w drodze na imprezę podjechać do galerii handlowej po towary pierwszej potrzeby – gumę do żucia i gumowy okręt. Mimo, że do zamknięcia sklepu pozostał kwadrans, Pani Dziesięcioboistka bardzo starała się pomóc mi dopasować pompkę. Sprawdzała w komputerze, wyciągała koleżanki z szatni, żeby ustalić, jaka ma być końcówka. Mi chodziło o sam kajak, jedyny taki w całej Polsce, a akcesoria chciałem dokupić później, tym bardziej, że w moim dość ciasnym samochodzie na tylnym siedzeniu czekał prawie dwumetrowy kolega, a poza tym był początek lutego, więc do wodowanie było dłuższą perspektywą czasową. Tłumaczenie nic nie pomagało, musiałem być bardziej asertywny – pełen szacunku dla poczucia misji Pani, chwyciłem swój łup i poszedłem do kasy. Pół roku i jedne zakupy (pompka, kamizelki, wiosła) później przyszedł czas na pierwszą wyprawę, w której towarzyszyła mi Wika.

Spływ Nysą zaczęliśmy… w Nysie. Mieście Nysie. Plan był taki, żeby zostawić samochód nad Jeziorem (zgadliście – Nyskim) i pojechać autostopem w górę rzeki. No i tu zaczęła się przygoda. I wydatki. Mianowicie, wyszliśmy na drogę i zaczęliśmy iść w stronę dużego skrzyżowania, za którym mieliśmy większą nadzieję na zainteresowanie ze strony kierowców. Lajkowaliśmy przejeżdżające samochody, idąc prawą stroną, żeby nie przebiegać przez drogę, jeśli ktoś by się zatrzymał. No i się zatrzymał. Po lewej stronie. Opel. I zaczął mrugać na niebiesko. Musieliśmy przebiec przez jezdnię, po czym zostaliśmy zwiezieni z powrotem z górki na którą się właśnie wdrapaliśmy. Pięćset metrów to dużo, jak się niesie na plecach pod górę kilkunastokilogramowy kajak, ale bardzo mało, jak za 50 zł na osobę. Taksówka w Norwegii jest tańsza.

Po ujawnieniu wykroczenia przez niebieskich Panów udaliśmy się w tę samą drogę, tylko tym razem wybraliśmy lewe pobocze. Minęliśmy pole na którym odbywał się zlot tuningowy (VAG) i motocyklowy, a nas minęło kilka motocykli na jednym kole i kilka Pasatów o prędkości mocno trzycyfrowej. Nasi kumple spoza prawa. Pół godziny później staliśmy na przystanku autobusowym za rondem.

Dawno nie jechałem autostopem. W miarę regularnie kogoś zabieram, ale stanie na poboczu to dla mnie rzadka okazja. Z Nysy do Barda dojechaliśmy trzema samochodami, z bardzo miłymi ludźmi w środku. Bardzo polecam ten środek transportu, tylko trzeba stać w miejscu, gdzie wszyscy jadą wolno, najlepiej za skrzyżowaniem lub rondem. Ze stówy nikomu się nie chce hamować, chyba, że córka–pasażerka–też_autostopowiczka poprosi. Dzięki, Weronika!

Przed trzynastą byliśmy w Bardzie z napompowanym kajakiem, gotowi do drogi. Pan z wypożyczalni pontonów poinformował nas o zaporze, którą napotkamy, a ja jego, że taki kajak to w Decathlonie. No to w drogę! Woda na dole, zieleń po bokach i niebo na górze. O taki widok ciągnąłem, niosłem na plecach i ładowałem do kolejnych samochodów ten dmuchany okręt!

Nysa Kłodzka jest naprawdę piękna, dzika i różnorodna. Oprócz zapowiedzianej tamy, a właściwie jazu, napotkaliśmy rozlewiska, bystrza, wysepki i powalone drzewa. Czasami przez kilka kilometrów nie widzieliśmy nikogo. Nie, że nie lubimy ludzi, ale to było wspaniałe. Za każdym zakrętem inny widok, ale każdy tylko dla nas. Z dźwięków – same przyjemne rzeczy, szum wody, plusk pracujących wioseł i ptaki. Nie było ich dużo, ale wystarczająco, żeby poczuć się w gościach u matki natury. Zieleń i rzeźba terenu też nie były monotonne, napotkaliśmy nawet Niewielki Kanion.

Ale mi najbardziej spodobało się rozlewisko na wysokości wsi Suszka. Mógłbym tam spędzić cały dzień…

…gdybym miał cały dzień. Naszą radość z przebywania wśród zieleni – woda też się do niej zaliczała – mąciła bowiem matematyka. Jak byśmy nie zestawiali prędkości, dystansu do Nysy-miasta i czasu do zachodu słońca, nijak nie kleił nam się plan, którym emocjonowaliśmy się od dwóch tygodni. Wszystko przez tych wszystkich kierowców, którzy nas nie zabrali na stopa. Przecież przepłynięcie czterdziestu kilometrów kajakiem to żaden wyczyn. Chyba, że dmuchanym, który stawia większy opór i lubi driftować. I jak się zacznie o 13:00. I nie ma się kondycji ani techniki wiosłowania. W takich warunkach lepiej nie liczyć, ile jeszcze zostało, tylko wiosłować.

Ale i tak było przyjemnie! Jedna dziedzina, w której byliśmy dobrze przygotowani, to prowiant. Dlatego dla podtrzymania morale ciągle coś podjadaliśmy i popijaliśmy. Pierwszym upgradem mojego okrętu będą uchwyty na puszki. Punktem kulminacyjnym wycieczki miał być grill, ale na niego trzeba było zasłużyć. Umówiliśmy się, że zasłużymy, jak przepłyniemy przynajmniej jedno z Jezior Paczkowskich. Bo są dwa, na dodatek w dwóch różnych województwach. Połączone jazem, który musieliśmy obejść górą, ale do góry najpierw należało dopłynąć. Zgadnijcie, w którą stronę był wiatr. No dokładnie. Trochę się chowaliśmy za wyspami, głównie po to, żeby nie widzieć, jak jeszcze daleko. Drugim upgradem będzie żagiel. Tylko jeszcze nie wiem, czy się da.

Dopłynęliśmy. Wspięliśmy się na górę dzielącą Jezioro Paczkowskie od Jeziora Paczkowskiego. Rozpaliliśmy grilla. Kiedy nasze smakołyki skwierczały nad ogniem, przyszedł czas na refleksję. Ja udawałem, że ręce mnie wcale nie bolą, a Wika – znacznie rozsądniej – sprawdziła, czy jest jakiś autobus gotowy nas zabrać spomiędzy Jezior  Paczkowskich do Nysy. Okazało się, że nie. Ale, jeśli przepłyniemy jeszcze drugi akwen, również pod wiatr, później przejdziemy przez całe miasto, oczywiście pod górę, i to wszystko w ciągu godziny, to owszem, jest.

Karkówka wyszła średnio, ale każdy kilometr wiosłowania to plus jedna gwiazdka Michelina. A przepłynęliśmy kilkanaście. Do tego arbuz, za którym do tego dnia nie przepadałem i mamy obiad idealny. Chwilo, trwaj! Aha, autobus. To jednak nie trwaj. No to zbieramy się. Kolejne jezioro, kolejna wysoka i rozległa budowla hydrotechniczna. Dmuchany kajak, wypełniony bagażami i trzymany na obu końcach, przyjmuje kształt mocno zbliżony do ziemi na śródokręciu. Do tego wysokie chaszcze i strome skarpy powodowały, że niosło się go długo i niemiło. Natomiast miło, że wytrzymał kolizję z wiaduktem kilkaset metrów dalej, w miejscu, w którym owszem, chcieliśmy zakończyć rejs, ale niekoniecznie w stylu Titanica. Jeden filar na rzece o szerokości dwudziestu metrów to stanowczo za dużo, powinni coś z tym zrobić.

Komary pomogły nam wyciągnąć statek na brzeg i schować go do plecaka. Możliwe, że coś źle zapamiętałem, ale na pewno brały w tym jakiś udział. Po spakowaniu się, ruszyliśmy w drogę nieutwardzoną i wtedy wyszło na jaw, że po całym dniu wiosłowania nabawiłem się pęcherzy… na stopach. Cóż, trzeba było zapinać sandały na odcinkach pieszych, to bym się nie poobcierał.

Około czterdzieści minut później byliśmy w tym miejscu Paczkowa, w którym odjeżdża autobus do Nysy. Niestety, nie o tej godzinie, która właśnie była, tylko o poprzedniej, kiedy byliśmy zajęci próbą zderzeniową. I o następnej, kiedy to chcieliśmy już być w drodze do Wrocławia. Żeby nie czekać bezczynnie, postanowiliśmy znów spróbować szczęścia w lajkowaniu aut, dzięki czemu po około dwudziestu minutach siedzieliśmy przygnieceni kajakiem na tylnym siedzeniu Volkswagena, najmniejszego, jaki kiedykolwiek był produkowany – Lupo. Kiedyś byłem jedną z czterech osób na tylnym siedzeniu Seicento. Takie doświadczenia pokazują, że niemożliwe nie istnieje, lepiej niż Piotr Blandford i Ewa Chodakowska razem wzięci. Szkoda, że do Nysy było tak blisko, bo rozmowa się kleiła i chętnie bym pojechał z Państwem jeszcze dalej. Ale i tak zawieźli nas na sam parking, nakładając nieco drogi. Dzię-ku-je-my!

To nie był łatwy dzień, ale w końcu nie miał być. W Bardzie można wykupić spływ all inclusive – ponton lub sztywny kajak czeka na nas w miejscu startu, do którego zawiezie nas autobus. Też kiedyś z tego skorzystałem, po drodze znaleźliśmy pływającą w rzece puszkę piwa, ale nie wiem, czy to standardowa oferta. Niemniej polecam, nie tylko z tego powodu. Tym razem mogliśmy wybrać z Wiką własną drogę. Dotarliśmy znacznie dalej – tam, dokąd chcieliśmy. OK, może nie do samej Nysy, ale mogliśmy wybrać kiedy kończymy, spakować się i pójść dalej piechotą. Do dziś mnie zadziwia, że mogę wyciągnąć plecaka coś, czym później przepłynę kilkanaście kilometrów w naprawdę trudnych i zróżnicowanych warunkach. Zresztą, nie tylko mnie. W każdym samochodzie, którym nas wieziono, gdy mówiliśmy o naszych planach, padało pytanie – a skąd weźmiecie ten kajak? Ja sobie zadaję inne – dokąd kajak weźmie mnie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *